Nieznany scenariusz reżimu

Drukuj

Czy czeka nas powolna erozja buńczucznej dyktatury kaczystowskiej, czy też przeciwnie - umacnianie się reżimu i aneksja kolejnych dziedzin państwa? Co można powiedzieć o najbliższej przyszłości? Czy obudzimy się pewnego dnia w stanie wyjątkowym, a może przeciwnie - z ulgą skonstatujemy, że z przyczyn na razie niewiadomych system pisowski rozleciał się nagle niczym domek z kart?

Nikt z nas nie jest jasnowidzem. Sny profetyczne nawiedzały jedynie proroków. Musimy przyjąć ten fakt z pokorą. Wszelako, możemy wykształcić w sobie umiejętność antycypacji zdarzeń, przy założeniu, że nasze przewidywanie stanowi tylko jeden z możliwych wariantów, i że na szczęście czy na nieszczęście nie ma obowiązku się spełnić. Czeka nas w przyszłości dobra zmiana, zmiana konstytucji na taką, która zapobiegnie podobnym przypadkom, jak teraz. Na pewno trzeba będzie zatem konstytucję zmienić. Zapisy obecnej ustawy zasadniczej z 1997 roku (niedawno, 2 kwietnia, mieliśmy rocznicę jej ustanowienia, lecz nie obchodziliśmy jej hucznie, bo po pierwsze jest przez rząd deptana, po wtóre zaś, także 2 kwietnia, tyle że w 2005 roku zmarł papież) nie dają rękojmi dla demokracji.

Przykładowo, dotkliwie brakuje w naszej konstytucji procedury impeachmentu na wypadek, gdyby w roli prezydenta pojawił się osobnik, do którego braknie społecznego zaufania, i który manifestuje złą wolę. Owszem, teoretycznie takiego złego prezydenta – mówimy hipotetycznie – już dziś można by odwołać, ale tylko za zgodą parlamentu, i tylko w wyniku procesu o dopowiedzialność konstytucyjną przed Trybunałem Stanu. Cóż z tego, skoro może mieć po swojej stronie większość sejmową, która taką ewentualność skutecznie zablokuje?

Dotkliwie brakuje zapisu społecznej kontroli nad rządzącymi, co prowadzi do absurdu, że zła władza instaluje się w trybie absolutnym przy legitymacji na poziomie 18% poparcia wyborczego: PiS wygrał wybory, nie rewolucję.

Wprawdzie wynik PiS-u to 37%, ale należy go przepołowić, biorąc pod uwagę frekwencję, która wyniosła połowę uprawnionych. Pomógł w tym kościół nawołując wiernych, by w razie konfliktu sumienia i osobistej niechęci do rekomendowanego przez kościół wyboru, raczej zrezygnowali z prawa oddania głosu, niż sprzeniewierzyli się oficjalnemu kościelnemu stanowisku. Stąd tylko połowa z nas pofatygowała się do urn.
Akurat kościół w konstytucji ma swoje odpowiednie umocowanie, ani zbyt wąskie, ani nazbyt rozległe, pośród innych związków wyznaniowych, choć konkordat pozostaje z owym miejscem w sprzeczności, poszerzając nadmiernie i, jak się okazuje, groźnie kościelne prerogatywy.
W tekście „Do kogo ta mowa?” napisałem m.in.: „Jak mawiał nieżyjący Marek Nowicki  z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka i Komitetu Helsińskiego w Polsce, obywatel pośród rozlicznych praw i swobód ma tylko cztery obowiązki: płacenia podatków, respektowania wyroków sądowych, obrony ojczyzny przed wrogiem i obalenia autorytarnej władzy w sposób w miarę możliwości demokratyczny, z pomocą wyborczych procedur.”

Kiedy myślami wybiegamy w przyszłość, dostrzegamy zaledwie te obrazy, które stanowią ślady naszych własnych minionych doświadczeń. Jesteśmy niewolnikami własnej przeszłości; wprawdzie historia lubi się powtarzać i jest nauczycielką życia, to jednak – jak mawia nasza noblistka:
„Nic dwa razy sie nie zdarza
I nie zdarzy. Z tej przyczyny
Zrodziliśmy sie bez wprawy
I pomrzemy bez rutyny.”

Możemy tylko spekulować. Rządy Jarosława Kaczyńskiego chętnie nazywamy już dziś reżimem lub dyktaturą, bo upoważniają nas do takich nazw słowa i deklaracje, spod których wyzierają najgorsze zamiary. Warto jednak zauważyć, że mimo ustawy o powszechnej inwigilacji obywateli, nikt jeszcze nas nie pałuje rozpędzając nasze pokojowe manifestacje, ani tym bardziej nie wsadza do więzień. Być może za wcześnie na ulgę, ale z kolei trudno nie widzieć, że nie pałują i nie wsadzają. Owszem, obrzucają nas obelgami i inwektywami, owszem, odmawiają nam prawa uczestnictwa w życiu publicznym, ale na razie wciąż tylko werbalnie, a nie faktycznie.

Lider KOD-u, Mateusz Kijowski, również bierze pod uwagę rozmaite warianty rozwoju sytuacji politycznej w kraju: „Jeśli PiS zmieni prawo o demonstracjach, wyjdziemy na ulice nielegalnie. Mamy doświadczenia z lat 80.” 

Z kolei dostrzega również, że wszelkie przewidywania są obarczone ryzykiem błędu nie tylko na zbyt wiele niewiadomych, ale też ze względu na chwiejność tworzącego się systemu:

„Myślę, że rząd się trochę zaczyna cofać. Jednak ta presja, którą my wywieramy, którą wywiera społeczność międzynarodowa, daje pewne efekty, że rząd przynajmniej spowolnił ten atak, spowolnił ten taki bardzo agresywny kurs przeciwko demokracji. Myślę, że nasze działania dają efekty.” Mateusz Kijowski w rozmowie z Renatą Kim w studiu Newsweeka

Podobnie zresztą diagnozuje aktualną sytuację, tyle że od strony gospodarczej, prof. Jan Hartman: „Przez kordon dworu przedarły się do umysłu Jarosława Kaczyńskiego jakieś informacje o tym, co się dzieje w kraju i jakie spustoszenia czyni jego władza.” Kaczyński mięknie, PiS się boi
Nie można wykluczyć, że cytowane wypowiedzi należą do kategorii pobożnych życzeń i zaklinają rzeczywistość, choć w akurat w zaklinaniu rzeczywistości niedoścignionym mistrzem jest strona przeciwna – to PiS zaklina rzeczywistość i idzie w zaparte, kiedy zapewnia w rozlicznych wywiadach, że „w Polsce demokracja nie jest zagrożona”.

Demokracja jest bardzo zagrożona, a jej podstawa prawna podważona, dlatego zresztą ukonstytuował się Komitet Obrony Demokracji.
Ustawa o powszechnej inwigilacji, skwapliwie podpisana przez pana Dudę, weszła przecież w życie i trudno mieć wątpliwości co do faktycznych intencji ustawodawcy – że są złe wobec opozycji, którą będzie tępił pod pretekstem zwiększonych uprawnień antyterrorystycznych. Warto wspomnieć, że kolejny protest KOD-u przeciwko tej ustawie, która kładzie podwaliny pod państwo policyjne, będzie miał miejsce za tydzień pod siedzibą pani Szydło.

Czy zatem reżim Kaczyńskiego, to już dyktatura, a jeśli nie, to czy ma szansę się w takową przerodzić?
Wokół siebie, w pobliżu, po sąsiedzku mamy przykłady trzech dyktatur: na Białorusi – łukaszenkowska, na Węgrzech – orbanowska i w Rosji – putinowska. Dyktatura ma wodza, w dyktaturze nie obowiązuje konstytucja, w dyktaturze prześladowana jest opozycja. Dyktatury ciągną ku sobie i nawzajem się wspierają. W kaczystowskiej Polsce postępuje instalacja dyktatury, proces ten przebiega dość sprawnie, bo od przejęcia władzy upłynął raptem kwartał z okładem.

Dość znamiennie sytuuje się na tle tego procesu desperacka propaganda reżimowa w wykonaniu pana Ziemca z tzw. „telewizji narodowej”, autorskiego projektu Jacka Kurskiego (nadmienię, że sam nie oglądam, więc korzystam tu wyłącznie z omówień prasowych). Otóż za cel ataków PiS obrało sobie Platformę Obywatelską jako głównego politycznego oponenta. Z całym szacunkiem, ale kopać leżącego? Czyżby koncyliacyjne zapewnienia Ryszarda Petru o „światełku w tunelu” odniosły taki skutek, że zszedł z głównej linii strzału? A może propagandyści postanowili swoją wierną widownię utrzymać w mitycznym i nieaktualnym przekonaniu o toczącej się wciąż batalii pomiędzy słuszną partią a zdradziecką Platformą? Fakt faktem, że telewizja reżimowa nie napomyka ani o KOD-zie, ani o Nowoczesnej. Być może zresztą tak się dzieje ze względu na niechęć do propagowania tych organizacji – ruchu obywatelskiego i opozycji parlamentarnej, która zyskuje społeczne poparcie…

Co przyniosą kolejne dni, tygodnie i miesiące?

Cóż, na razie trwa pikieta KOD-u pod siedzibą Beaty Szydło i odliczanie kolejnych dni, kiedy premier sprzeniewierza się konstytucji, odmawiając publikacji wyroku Trybunału Konstytucyjnego (a w kolejce do publikacji czekają kolejne wyroki). PiS-owi szczęśliwie dla nas i dla naszego państwa brakuje odpowiedniej większości parlamentarnej, by spowodować złe zmiany w konstytucji, które ugruntowałyby jego panowanie i zacementowały na dziesięciolecia scenę polityczną, co jeszcze niedawno, pozwolę sobie przypomnieć, wieszczyliśmy w najczarniejszych scenariuszach. Z kolei paradoksalnie, im lepsza pogoda, im cieplej i słoneczniej, tym mniej obywateli – przynajmniej w stolicy – pojawia się na naszych pikietach. Wierzę, że to obserwacja jednorazowa i chwilowy impas (tak było w dniu „Czytania Konstytucji” w Al. Ujazdowskich). Ale cały czas mam w tyle głowy przepowiednię, że węgierskie protesty trwały osiem miesięcy, po których ludzie się zmęczyli i przestali wychodzić na ulice (inna rzecz, że ostatnio znowu wylegli masowo demonstrując w Budapeszcie). Tymczasem takie uśpienie i uspokojenie społeczne może dać złej władzy wyraźny sygnał do wzmożenia! Nie wolno dać się nam zwieść!

Prof. Jacek Leociak, nawiązując do apelu Kaczyńskiego o spokój na czas wizyty papieskiej, przypomniał na Facebooku, że Jaruzelski swego czasu również apelował o „90 spokojnych dni”. Apelował tylko po to, by następnie – jak pamiętamy z autopsji lub lekcji historii – wprowadzić stan wojenny.

Czytaj również