Bankructwo reżimu

Drukuj

Do ludzi rzadko przemawiają argumenty pozaekonomiczne. Statystyczny Polak marzy o pełnym portfelu, a reszta nie stanowi przedmiotu jego troski. Kultura, Trybunał Konstytucyjny, trójpodział władz, demokracja, polityka zagraniczna, inwigilacja - są pojęciami zbyt abstrakcyjnymi, by sobie nimi głowę zaprzątać. Kiedy obywatel stwierdza namacalnie, że kieszenie ma puste, wówczas zaczyna się interesować polityką. Tak było zawsze, także za komuny. Dopiero krach gospodarczy spowodował masowe strajki przeciwko władzy. Wcześniej protestowała zaledwie garstka dysydentów.

Zupełnie odwrotnie rzecz się ma w gronie moich znajomych i przyjaciół, pięknoduchów. My stronimy od ekonomii, wychodząc ze słusznego założenia, że skoro się na niej nie znamy, nie ma co się wymądrzać. Od budżetu, gospodarki, finansów, polityki monetarnej, giełdy, ekonomii są fachowcy i to w ich ręce oddajemy bez reszty całą trudną działalność na tej niwie. Oczywiście, mówiąc o fachowcach, mamy na myśli rzeczywistych ekspertów, a nie hochsztaplerów czy populistów pisowskich.

My zatem stronimy od ekonomii, pozostając jednak nadal w opozycji, bo przecież w wielu innych dziedzinach reżim Kaczyńskiego zasługuje sobie na stanowczą krytykę. Histeria smoleńska, „polityka historyczna” z apoteozą jakichś rzezimieszków, gwałt na mediach publicznych i szerzej na kulturze, obyczajowy Ciemnogród, rozmontowanie i spacyfikowanie sądownictwa, obrażanie zachodnich sojuszników, klerykalizacja władzy, kontrolowanie sfery osobistej i ograniczanie swobód obywatelskich – to tylko część niekończącego się katalogu złych praktyk pisowskiej dyktatury.

Do tego dodać należy arogancję władzy i jej ignorancję, co skutkuje nie tylko fatalnymi decyzjami, ale równie często głupawymi wypowiedziami pisowskich posłów, ministrów, marszałków i prezydentów, które wprawiają nas w osłupienie i wywołują różnorakie emocje, całkowicie skupiając naszą uwagę na personach tego niegodnych, bo nic nie wartych. I dlatego my, pięknoduchy, protestujemy przeciwko psuciu wszystkich sfer naszego życia społecznego poza tą jedną i bodaj czy nie najważniejszą: poza ekonomią.

I tu my się ze statystycznym obywatelem stanowczo i konsekwentnie rozmijamy, bo o ile nam się zdaje, że po obywatelsku nie powinno nam zależeć w ogóle na kieszeni, albo inaczej, że to rzecz wtórna i rozumiana sama przez się, a powinno nam zależeć na wolnościach obywatelskich i swobodach, i na przestrzeganiu prawa, o tyle statystycznemu obywatelowi odwrotnie: te kwestie traktuje jako nieistotne, mając je w głębokim poważaniu wobec tej jedynej, na której mu naprawdę zależy, czyli na dobrobycie. I koniec końców obie strony mają rację. Ani jedno, ani drugie nie jest „tematem zastępczym” i wszystko składa się w jedną spójną całość, na pozostawienie po sobie – zgodnie z wyborczymi zapowiedziami – Polski w ruinie.

Bo tak się akurat składa, że psuciu państwa towarzyszy zawsze i nieuchronnie psucie gospodarki, oraz w przeciwną stronę – niszczenie gospodarki oznacza państwo w rozkładzie. Wybuchy strajków stoczniowych wzięły się z podwyżek cen żywności, podobnie jak strajki w Radomiu i Ursusie, z których powstał KOR. Pamiętamy złowrogie hasło po spaleniu Centralnego Domu Towarowego „Smyk” w stolicy („Jeszcze jedna podwyżka, a Warszawa spłonie jak szyszka”; w tamtych czasach, mówiąc o podwyżce mieliśmy zazwyczaj na myśli podwyżkę cen, a nie pensji). I nie ma co tego potępiać: ludzie dzielnie znosili komunę zgrzytając wprawdzie zębami, dopóki czara goryczy się nie przelała fatalnym stanem gospodarki planowej, zadłużonej przez Gierka, rozkradzionej przez komunistów, i bankrutującej od kompletnie nieprzystających do tej sytuacji potężnych inwestycji, z powodu których zresztą internowany przez Jaruzelskiego został Jaroszewicz. Wreszcie komuna zbankrutowała i to był początek jej końca. Puste półki w sklepach i kartki żywnościowe na wszystko, łącznie z obuwiem, mydłem i proszkiem do zębów, wywołały masowe społeczne protesty.

Ponieważ zatem historia lubi się powtarzać, także i teraz reżim upadnie nie dlatego, że uczynił zamach stanu, paraliżując Trybunał Konstytucyjny, i nie dlatego, że wprowadził stan wojenny, ustanawiając jako normę powszechną inwigilację obywateli, ale dlatego, że zniszczy całą naszą gospodarkę na dorobku, zadłuży nas i doprowadzi do rozsadzenia budżetu państwa. Przypomnę, że termin „budżet” pochodzi z łacińskiego bulga, oznaczającego skórzany mieszek przeznaczony do zbierania dochodów. Nie do wydawania wszystkiego z tego mieszka. Trzeba oszczędzać. Pani Szydło ślubowała następująco: „Obejmując urząd Prezesa Rady Ministrów, uroczyście przysięgam, że dochowam wierności postanowieniom Konstytucji i innym prawom Rzeczypospolitej Polskiej, a dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem.” No, ale zapytana, dlaczego nie są, zawsze będzie mogła tłumaczyć, że inaczej to zrozumiała, nie jako dochowanie należytej staranności i ostrożności w wydatkach, lecz przeciwnie, jako szybkie uszczęśliwienie wielu młodych rodzin dzieciatych żywą gotówką. Żeby wszyscy byli szczęśliwi tą nagłą manną z nieba i żeby się radowali nieprzytomnie, że na robieniu dziatek też można zarobić.

To bowiem jest klątwą populistycznych rządów, iż po zwycięskich wyborach stają się zakładnikami nieprawdopodobnych wyborczych obietnic. Populistyczny reżim Kaczyńskiego również wiele naobiecywał, co skutkowało szerokim społecznym poparciem. Obiecał poza pięciuset złotymi na każdego nowonarodzonego, także m.in. podniesienie kwoty wolnej od podatku, darmowe leki dla seniorów, obniżenie wieku emerytalnego, ustawę górniczą gwarantującą zatrudnienie w nierentownych kopalniach i wiele innych obiecanek-cacanek. Nawet budżet najbogatszych państw na świecie nie wytrzymałby takich wydatków, a co dopiero skromny polski budżet. Dlatego na kłamstwach wyborczych się skończyło, ale nawet realizacja owego nieszczęsnego 500+ także wiedzie polski budżet nieuchronnie na skraj bankructwa.

Krytykując gospodarcze posunięcia PiS nie bez racji prof. Leszek Balcerowicz przyrównuje despotów pisowskich do reżimu Łukaszenki:  „Gdyby ktoś chciał zaszkodzić Polsce, to by realizował taki program, jaki jest realizowany.” (Zupełnie na marginesie, ów przywołany tutaj ojciec polskiej transformacji, mimo że KOD w swoich hasłach abstrahuje od ekonomii, docenia jego rolę w przeciwstawianiu się pisowskiemu chuligaństwu politycznemu: „Balcerowicz: KOD ratuje reputację Polski”).

Dzięki silnej złotówce naszej gospodarki przez dekady nie dotknął kryzys. Dziś, kiedy do władzy dorwali się hochsztaplerzy i populiści, złotówka pikuje na łeb na szyję. Czeka nas odpływ inwestorów, lawinowy wzrost cen i opłat, stagnacja gospodarcza, a w konsekwencji bankructwo typu greckiego. Oto kolejny zwiastun: „Złoty znowu w dół, nasza waluta traci nawet wobec węgierskiego forinta”. To źle dla naszych portfeli i fatalnie dla całego kraju, ale podziała cucąco na wyborców, którzy zaufali pisowskiemu reżimowi. W biedzie i nędzy naród szybciej się wybudzi z hipnotycznego transu, w który wprawił go Kaczyński i jego podwładni. Gazety donoszą: „Szok! Szydło zadłuża Polskę szybciej niż Gierek!”, „Budżet państwa w marcu miał 6,5 mld złotych deficytu. Wydatki są najwyższe w historii”.

Jeszcze pół roku beztroskiego rozdawnictwa pieniędzy, a czeka nas galopująca inflacja. A czymże jest inflacja? To proces wzrostu poziomu cen, powodujący niekontrolowane i nieakceptowane społecznie zmiany proporcji podziału dochodu narodowego. Wraz z nią czeka nas wzrost nie tylko cen, ale i wszelkich opłat. Nasze pensje i emerytury będą nic nie warte. Dotknie nas bezrobocie. Zobaczymy puste półki w sklepach, jak za stanu wojennego. Zapełnione jedynie octem spirytusowym. Pojawią się kartki żywnościowe i na inne artykuły pierwszej potrzeby. Będzie je można nabyć spod lady za ceny „komercyjne” lub na legitymację PiS. Jeszcze kilka miesięcy pisowskich eksperymentów. Poczekajmy.

Reżim zatęskni jeszcze za naszymi pełnymi życzliwości marszami KOD-u, bo wkrótce na ulice polskich miast wylegną tłumy zdesperowanych obywateli, którym bieda zajrzy w oczy. I nikt z nich nie będzie pytał, co z wyrokiem Trybunału. Zapyta: „Gdzie są nasze pieniądze? Po co nam 500 złotych, skoro nic za to nie można kupić?! Gdzie się podział nasz względny dobrobyt?”

 

Czytaj również